• Dawid

1. Przed wyjazdem

Pięknostopowicze dostali zaproszenie. Do Torunia. Od o. Marka, redemptorysty prowadzącego duszpasterstwo młodzieży. Mieliśmy być gośćmi na spotkaniu z młodzieżą w jedną w II niedzielę Adwentu, 9 grudnia 2012. Przyjazd zadeklarowało kilka osób, w tym my – krakowska delegacja, czyli Kuba i Dawid.

Postanowiliśmy, że trochę nie po drodze złożymy w piątek wizytę we Wrocławiu, zabierzemy stamtąd naszą koleżankę, Olę, w sobotę wspólnie dotrzemy do Bydgoszczy (z czego ostatecznie zrezygnowaliśmy w trakcie wyprawy) i w niedzielę do Torunia

2. Kraków – Wrocław – 3 stopy.

Wyjeżdżaliśmy z Krakowa po obiedzie, ok. 14:50. Z ulicy Radzikowskiego, drugi przystanek za wiaduktem w stronę Katowic. Godzina i 5 minut czekania. Pierwszy stop. Małe, bardzo stare Renault Clio. W środku tylko kierowca, jechał do Gliwic. W drodze rozmawialiśmy o wielu sprawach, ale rozmowa nam się za bardzo nie kleiła. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Krakowa, powoli robiło się ciemno. Kiedy wysadził nas na stacji benzynowej w okolicach przecięcia się autostrad A1 i A4, była już pełnoprawna, zimowa noc. Wstępnie myśleliśmy, że szybko coś złapiemy na stacji, ale okazało się, że tutaj nie zatrzymują się samochody jadące do Wrocławia. No to co? „Spacerek”! Ładny kawałek trzeba było przejść, przy okazji zwiedzając rów przy autostradzie, bo jak to autostrada – odgrodzona siatką od reszty terenu i trzeba było na samym początku siatki przejść na stronę jezdni. Szliśmy i szliśmy, a ściana rowu po naszej lewej stronie stawała się coraz wyższa i bardziej stroma. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie można było łapać auta jadące na Wrocław. Po lewej… dobre 5 metrów wspinaczki po betonie. Z plecakami, oczywiście. Ale cooo to dlaa naaaas! Wdrapaliśmy się na górę i stanęliśmy na pasie zjazdowym za zakrętem. Pierwszy samochód, który nas minął głośno trąbiąc był… radiowozem Policji. Panowie policjanci za późno nas zauważyli, żeby się zatrzymać, ale wiedzieliśmy, że ich obecność oznacza kłopoty i że zaraz ściągną nam kogoś na głowę, o ile sami nie zawrócą i nie wlepią mandatu. Chwilę tam postaliśmy, ale z racji, że nikt się nie zatrzymywał, postanowiliśmy przejść się kawałek dalej – do kolejnego zjazdu. Nasza intuicja co do policjantów nas nie zawiodła, ponieważ nie zdążyliśmy odejść z tego miejsca, kiedy zza zakrętu wyłonił się samochód patrolu autostradowego zarządcy autostrady. Błyskające pomarańczowe światełka jasno i wyraźnie dawały znać, że panowie nie jadą sobie ot tak. Zatrzymali się przy nas i powiedzieli, że nie możemy tutaj przebywać, bo to jest autostrada. „No ale nas tutaj tak wysadzono, to i co mamy zrobić?!” Panowie nie bardzo wiedzieli co z nami począć, ale na szczęście problem szybko udało się rozwiązać. Za dużo powiedzieć nie możemy, ale liczymy ten epizod jako fragment podróży – krótki, ale był. Koniec końców wylądowaliśmy na bramkach, które przeszliśmy pieszo i… nadal znajdowaliśmy się na autostradzie :D Tuż za bramkami stał TIR, niestety czekał na kogoś i w tym momencie nie mógł nas zabrać. Było późno, ciemno i zimno, a my nie wyglądaliśmy zbyt zachęcająco – na pewno nie na tyle, żeby nas zabrać. Na szczęście niedługo za stojącym tirem zatrzymał się samochód, który wziął nas w dalszą drogę, do samego Wrocławia. Przemiłe małżeństwo, z dużym doświadczeniem podróżniczym – także autostopem w przypadku pana – i ciekawymi historiami z życia. Całą drogę do Wrocka przegadaliśmy o Bogu, Kościele, ślubach, księżach i podróżach autostopem i statkiem, a także… o prawie –morskim :D. Na koniec okazało się, że państwo prowadzą działalność polegającą na organizowaniu rejsów. Podali nam swoją stronę internetową (www.stopawody.pl) i rozstaliśmy się w pokoju.

We Wrocławiu wysiedliśmy przy Dworcu Głównym ok. 20:30 i nie bardzo wiedzieliśmy w którą stronę w ogóle się udać, więc żeby ustalić jakiś punkt spotkania Dawid wyciągnął telefon, chcąc dzwonić do Oli, z którą byliśmy umówieni na spotkanie. Dosłownie chwilkę wcześniej Ola dała upust swojej złośliwości przysyłając smsa ze zgryźliwym pytaniem czy do rana zdążymy dotrzeć, więc postanowiliśmy się nieco zabawić. Dialog telefoniczny między Dawidem i Olą wyglądał mniej więcej tak:

- Cześć Ola. Słuchaj, kiepsko jest... Stoimy pod Gliwicami i za cholerę nie możemy nic złapać, miejsce kiepskie, ruch też niewielki. Pewnie nie dojedziemy dzisiaj.

- No dobra, a gdzie dokładnie jesteście?

Tutaj Dawid postanowił odpowiedzieć zgodnie z prawdą:

- Właśnie usiłujemy obejść dworzec Wrocław Główny.

- Yhm? Ale co? Wyszukać wam jakieś połączenia kolejowe?

- Nie, posłuchaj jeszcze raz: próbujemy obejść dworzec Wrocław Główny!

Po trzecim powtórzeniu treść przebiła się do świadomości Oli przez skorupę zmęczenia wywołanego częstym chodzeniem na roraty i udało się ustalić miejsce spotkania. Humory dopisywały nam przez całą drogę, ale tak udany numer jeszcze je poprawił :)

Ola, po kilku próbach przestraszenia nas groźbą odwetu za żarty, ugościła nas herbatą i kanapkami, po czym w trójkę udaliśmy się do innej wrocławskiej Pięknostopowiczki, Bożeny, która zgodziła się nas przenocować. Ola co prawda odgrażała się, że będziemy spać na klatce schodowej, ale na szczęście skończyło się na słownych deklaracjach. Wieczorem czekało na nas jeszcze kilka zadań, takich jak przybicie tyłu od szafy do szafy czy wycinanie zaproszeń na harcerską wigilię. Zabraliśmy się za nie ochoczo, w międzyczasie odmawiając nieszpory, coby po Bożemu było. Odbyliśmy też kilka późnowieczornych spacerów po zimowym Wrocławiu, a po całym dniu dywan na podłodze przyjął nas z otwartymi ramionami, a cieplutkie śpiworki miękko otuliły nasze zmęczone ciała. Pierwszy etap podróży za nami.

3. Wrocław – Toruń – 7 stopów.

Następnego dnia – pobudka na roraty. Oj, to był ciężki moment… Na szczęście do kościoła Ojców Dominikanów było blisko, więc wzięliśmy plecaki ze sobą i… poszliśmy służyć. Dosłownie służyć, ponieważ Kuba z Dawidem w kościele stanęli bezpośrednio przy ołtarzu. Większość lokalnej służby liturgicznej zrobiła sobie „dzień zdrowia psychicznego”, czyli odsypiała roraty z całego tygodnia. Po mszy odbyło się w duszpasterstwie akademickim śniadanie, którego… miało nie być! Tak tak, wszędzie wcześniej było ogłaszane, że w sobotę śniadania nie ma, a tu po mszy ksiądz mówi, że śniadanie jest. Zawdzięczamy to Oli Kobusińskiej, która uruchomiła odpowiednie osoby i zorganizowała posiłek. Śniadanie, kawa, wpis na ścianie („TU BYLIŚMY”), jutrznia i błogosławieństwo O. Jacka OP. Można ruszać w dalszą drogę.

Piechotą na przystanek, tramwajem do wylotówki, tam mały spacer, 5 minut czekania i… jest! Pierwszy stop tego dnia zabrał nas do Leska. To określiło naszą trasę – przez Poznań. Trasa dłuższa z dwóch możliwych, ale jak się tak trafiło, to nie będziemy marudzić, no nie? Bardzo miło się jechało, zostaliśmy wysadzeni na stacji benzynowej połączonej z McDonaldem, więc teoretycznie nie powinno być problemów ze złapaniem czegoś. Cóż, teoria rozminęła się z praktyką… Po godzinie stania przy wyjeździe ze stacji poszliśmy szukać innego miejsca, zahaczając przy okazji o pobliski kościół. Bez wsparcia z Góry się nie obejdzie… Kilkakrotnie zmienialiśmy miejsce, żeby w końcu wylądować za dużym rondem bezpośrednio na wylocie na Poznań. Jak nie tu, to już nigdzie. Tam po kilku chwilach zatrzymała się młoda dziewczyna, studentka, która zabrała nas kawałek w stronę Poznania. Niestety zjeżdżała z trasy, więc musieliśmy się rozstać, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że wydostaliśmy się z Leska. Od razu zaczęliśmy łapać tam, gdzie nas wysadziła. Kiepsko szło, więc postanowiliśmy ruszyć się w stronę pobliskiej zatoczki przystankowej. Szybki marsz i oto upatrzona zatoczka jest nasza i czeka na kierowcę, który nas weźmie. Samochody jechały dziwnymi falami, po kilka na raz, a potem przerwa. W pewnej fali nadciągającej z daleka bardzo spodobał nam się duży terenowy samochód marki Nissan, który jechał na końcu. „Kuba, pokazuj tabliczkę wszystkim, ale złap ostatniego”. Cóż, nie ma sprawy, jak głosi tekst z jednej reklamy: mówisz-masz. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu duża terenówka zatrzymała się na przystanku, a kierowca powiedział, że specjalnie po nas zawrócił (sic!), bo jak nas zauważył na zakręcie, to było już za późno, żeby się zatrzymał. Jechał prosto do Poznania. Dawid wskoczył z przodu, Kuba z Olą z tyłu. Pomogliśmy mu ogarnąć nawigację i ustawić odpowiedni adres. Okazało się, że jedzie na konferencję o koniach jako hodowca i doświadczony ujeżdżacz. Kolejny człowiek z pasją, która stała się jego pracą. Tym razem Ola była wniebowzięta, jako miłośniczka koni i jeździectwa. Miło było przysłuchiwać się ich rozmowie i pasji, jaka jej towarzyszyła.

W Poznaniu zostaliśmy wysadzeni przy Dworcu Zachodnim. Było ciemno i zimno, choć minęła dopiero 16. Weszliśmy do McDonalda po drugiej stronie ulicy i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej – jedziemy czy zostajemy u Białych (Dominikanów) na noc? Uradziliśmy, że jedziemy na wylotówkę, ale jeżeli do 19 nic nie złapiemy, to wracamy do miasta i szukamy noclegu. Szybkie uzyskanie informacji czym dostać się na wylotówkę i pędzimy na przystanek, bo tramwaj mieliśmy za 5 minut, jak się okazało. Zdążyliśmy, w tramwaju bilety kupiliśmy, ludzi zadziwiliśmy (te bezcenne spojrzenia na nasze plecaki z karimatami i zdziwione miny słyszących naszą dyskusję, którędy do Torunia i jak teraz będziemy łapać stopa <sasasasasasasa>).

Znowu przywitał nas przystanek końcowy, jak rano przy wyjeździe z Wro. Spacer, stacja benzynowa i pytanie: czy to jest droga, którą dojedziemy do Torunia? „Nie, proszę pana, musicie się wrócić do poprzedniego skrzyżowania, tam skręcić w prawo, jechać cały czas prosto i jeszcze raz w prawo.” – „Aha, ale my idziemy piechotą i chcemy łapać stopa”. Na to już nam pani ekspedientka na stacji nic nie poradziła. Stało tam kilka samochodów, więc zaczęliśmy się pytać, czy ktoś jedzie może na Toruń. Po chwili znalazł się kierowca jadący do Gniezna, który miał pewne opory przed zabraniem nas, że niby się nie zmieścimy we trójkę na kanapie z tyłu. Nasza determinacja była w tym momencie wielka, a i chyba specjalna Moc Boża przekonywania ludzi, że warto nas zabrać, zstąpiła na Dawida. Tak czy siak po chwili jechaliśmy do Gniezna i rozmawialiśmy z małżonkami, którzy okazali się być kiedyś harcerzami i zaprawionymi autostopowiczami. Chyba przypomnieliśmy im lata młodości, kiedy sami stali z kciukiem wyciągniętym przy drodze, chcąc dostać się w Bieszczady, które przeszli wszerz i wzdłuż i w których się poznali…

Gniezno. Kolejna stacja, kolejny McDonald, do którego już nie zachodziliśmy. Było tam mnóstwo dzieci, jakaś wycieczka, sądząc po wzroście – wczesne gimnazjum. Znowu rozpoczęliśmy intensywną kampanię pt. „Czy jedzie Pan/Pani do Torunia?”. Po kilkunastu minutach znalazło się auto jadące do Kruszwicy. Mmm, co to była za podróż! Niby niepozorna osobówka, ale jak się okazało – pod maską ponad 200 koni i widlasta „szóstka”, czyli sześciocylindrowy silnik V6. Mieć tak mruczącego „tygrysa” – oto marzenie Kuby, kiedy już zmieni rolę z łapiącego stopa na zabierającego autostopowiczów. Póki co jednak posłuchaliśmy sobie pomrukiwania na trasie do Strzelna, a dokładnie do rozjazdu na Toruń i Kruszwicę. Porozmawialiśmy o motoryzacji (tym razem to Kuba z Dawidem mieli frajdę) i rozstaliśmy się z kierowcą, który pojechał dalej w swoją drogę.

Znowu stacja, znowu zimno, znowu ciemno, ale tak mega ciemno tym razem, bo stacja pośrodku niczego. Znowu podjeżdżają samochody i znowu nikt nie jedzie w naszą stronę. Tu trzeba było chwilę poczekać i pomarznąć. Minęła godzina 19:30... a my nic. Wreszcie znalazł się ktoś, kto zechciał nas podrzucić do Inowrocławia. Tym razem trafił nam się kierowca całkowicie inny od poprzednich. Papierosy, bluzgi, komórka i szybkie BMW mające już swoje lata, którym ruszył spod stacji jak na wyścigu. Zapowiadała się ciekawa podróż… Po drodze poszło kilka fajek w aucie, dużo bluzgów przez telefon i ogólnie można się było zastanawiać, czy dojedziemy w jednym kawałku, kiedy robiliśmy slalom między osobówką a pługopiaskarką, bo „ten <cenzura> tak się <cenzura>, że nie mogę wytrzymać”. Wysiedliśmy na stacji w Inowrocławiu, a żeby dobitniej pokazać pewność siebie naszego kierowcy możemy dodać, że zostawił otwarty samochód z włączonym silnikiem i poszedł kupić sobie papierosy. Wysiedliśmy z wrażeniem, że do takich ludzi też jesteśmy posłani, chociaż częstokroć najtrudniej do nich dotrzeć.

W Inowrocławiu byliśmy już naprawdę późnym wieczorem, szczególnie jak na zimowe warunki. Była 20:20, kiedy złapaliśmy kolejnego stopa. Tym razem na kciuka i tabliczkę. To był mały, stary busik i nietypowe małżeństwo w środku. Dlaczego nietypowe? Sprawiali wrażenie ludzi bardzo prostych i ufnych. To takie rzadkie zjawisko w dzisiejszej rzeczywistości, kiedy każdy tylko uważa, czy drugi nie podkłada mu świni. Zabrali nas bezpośrednio do Torunia, starając się dowiedzieć po drodze, gdzie dokładnie mają nas zawieźć. Dzwonili do znajomych, pytali się ludzi, kilka razy zjechali z trasy, żeby tylko odstawić nas pod same drzwi. Ogólnie – takiej pomocy się nie spodziewaliśmy! Ciekawostką nr 1 jest to, że przez większość drogi słuchali mocnego… disco polo. Ciekawostką nr 2 był stan samochodu, który sprawiał wrażenie, że zaraz stanie i rozpadnie się na kawałki. Kuba, siedzący dokładnie nad wałem napędowym, wie najlepiej o czym mowa… Niesamowity mix jak na koniec długiego dnia.

Koniec końców udało im się odnaleźć parafię pw. Św. Józefa w Toruniu, przy której mieści się klasztor Ojców Redemptorystów. My wysiedliśmy, a oni ruszyli w dalszą drogę…

4. Toruń – pobyt

Powitanie w Toruniu było radosne, czekała już na nas Karolina, zapoznaliśmy się z o. Markiem, na którego zaproszenie przyjechaliśmy i rozgościliśmy w pomieszczeniach „Wyspy”, duszpasterstwa młodzieży oo. Redemptorystów.

Niedziela zaczęła się leniwie, bo jakoś nikomu nie spieszyło się do wstawania i wybiegania na miasto. Jedynie Ola zerwała się wcześniej, bo obowiązki wzywały ją do Wrocławia. Dzień spędziliśmy na rozmowach i planowaniu wieczornego spotkania. Dostaliśmy też zaproszenie na obiad do domu Ani, zaangażowanej w działalność „Wyspy”. Ugoszczeni zostaliśmy bardzo serdecznie, nasi gospodarze byli bardzo rozmowni, ciekawi tego, co robimy i jak poszukujemy Boga i świadczymy o Nim w naszych podróżach. Pod koniec Kuba znów znalazł się w swoim (prawniczym) żywiole, dyskutując zawzięcie z tatą Ani o zawiłościach przepisów. O 15 wspólnie z naszymi gospodarzami odmówiliśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego i podziękowawszy ruszyliśmy z powrotem do „Wyspy”, żeby zobaczyć się z tymi, którzy dopiero dojechali do Torunia.

Spotkanie z młodzieżą rozpoczynało się od Mszy o godzinie 18, na której postanowiliśmy „obstawić” wszystkie części dostępne dla nas jako świeckich, czyli czytania, psalm i aklamację przed Ewangelią. Oprawę muzyczną na Mszy zapewniała schola z gitarą, wykonująca raczej współczesne, nieco oazowe, kompozycje, więc śpiewane przez Dawida i Kubę mocno tradycyjne melodie psalmu i aklamacji wyraźnie kontrastowały z całą resztą oprawy. Na zakończenie o. Marek zaprosił młodzież na spotkanie z nami do kaplicy szkolnej.

 

Młodzieży na spotkanie przyszło sporo, głównie gimnazjalistów i licealistów, część z nich przygotowuje się do przyjęcia sakramentu bierzmowania. Pięknostopowiczów było ośmioro: Miśka, Tomek, Jędrek, Emilia, Dominika, Karolina i Kuba.

Opowiadaliśmy o podróżowaniu stopem jako przygodzie, później o tym jak w tym sposobie podróżowania można odnaleźć Boga, potem jeszcze nieco o rekolekcjach. Opowieści ubarwiały zdjęcia z naszych autostopowych wypraw, a mówiliśmy o zaufaniu i poddaniu się Bożemu prowadzeniu, o tym dokąd to prowadzi i jakich rzeczy można dokonać z Jego pomocą. Chyba zainteresowaliśmy słuchaczy, bo na koniec padło kilka dociekliwych, rzeczowych pytań :)

A potem już tylko błogosławieństwo o. Marka dla zebranych i dalsze rozmowy przy herbacie, gry i zabawy do późna, już w zdecydowanie mniejszym gronie. W końcu przyszedł czas na pokrzepiający sen przed poniedziałkowymi roratami i drogą powrotną.

5.Toruń – Kraków – 4 stopy.

Znów dwóch stopowiczów, jak na początku wyprawy. „Kierunek ten sam, tylko zwrot przeciwny.” Tym razem Toruń –> Kraków po jak najkrótszej linii, czyli przez Łódź. W planach powrót na wieczór do Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. Plan jak najbardziej realny, choć lekko szalony, lecz nie bardziej, niż jazda do Torunia przez Wrocław i Poznań. Zima zrobiła się jeszcze bardziej zimowa. Śniegu nie dość, że dużo, to jeszcze sypie. Mróz jako taki, do wytrzymania, ale wieje, więc realnie odczuwa się milion stopni zimniej. A tak na serio przy -5 wydaje się, że jest -15.

Rano roraty, po nich śniadanie, zebranie (się) i wypad. Po drodze oberwaliśmy jeszcze błogosławieństwem od o. Marka. +15 do skutecznego łapania :D

To był dzień pokory. Dużej pokory skumulowanej na samym początku.

Autobus na wylotówkę złapaliśmy szybko, poza tym, że zamknął nam drzwi przed nosem i trzeba było użyć magicznej wajchy przy nich, żeby się otworzyły. Ludzie patrzyli na nas jak na kosmitów, że z plecakami i w taką pogodę i dyskutujemy o łapaniu czegoś. Cóż, przywykliśmy, to normalne. A wręcz pożądane przez niektórych! Ale nie przez nas. Wyjeżdżaliśmy z poczuciem spełnionego obowiązku. Czy dobrze, czy źle – to się okaże dopiero na sądzie ostatecznym. W każdym bądź razie stanęliśmy przy pętli autobusu. Stoimy, stoimy… i nic. Po godzinie spacerek i postój w innym miejscu. Szeroka zatoczka, ale zasypana śniegiem. Zjawił się… pług! Nie, na stopa nas nie zabrał, ale odśnieżył zatoczkę. Pan Bóg miał jednak inne plany, a kierowcom nie wystarczało to, że już mają nawet odśnieżone. No cóż, to idziemy dalej. Rozjazd na autostradę na Warszawę i na Łódź, wiadukt, oczywiście żadnej przestrzeni dla pieszych, pobocze szerokości zapałki. I jeszcze wyjazd z autostrady do „przeskoczenia”. Miodzio.

Dotarliśmy do jakiegoś zajazdu, gdzie postanowiliśmy się ogrzać. Zasadniczo wstąpiliśmy ze względu na darmową toaletę, ale po chwili rozszerzyliśmy zakres naszego zainteresowania tym miejscem poprzez zakupienie zapiekanek i odmówienie jutrzni w cywilizowanych warunkach. Oprócz nas pojawiły się 2 panie, jadące niestety niezbyt daleko i nie w naszą stronę. Posiłek, modlitwa i ruszamy dalej.

Stoimy już za wiaduktem. Nikt się nie zatrzymuje. Podeszliśmy pod znak, żeby wyraźnie pokazywać, gdzie się chcemy dostać. Po kilkunastu minutach… jest! Samochód osobowy marki VW, model Fox, czyli małe coś ściągane z Ameryki. W nim młoda kobieta, która – a jakże – jeździła swego czasu stopem. Po Włoszech. Dawid miał tu pole do popisu, ponieważ pozytywne doświadczenia stopowe tej pani w krainie makaronu i włoskiej mafii były całkowicie odmienne od Dawidowych. Płeć jednak robi wielką różnicę, zwłaszcza we Włoszech. Jedyna wspólna konkluzja – „Włosi nie czują tego” (w sensie idei autostopowania). Pani jechała do Aleksandrowa. „To sobie ładnie pojedziemy!” pomyślał Kuba, mając na myśli Aleksandrów Łódzki. O, jakże wielce się mylił…

Pani jechała do Aleksandrowa, ale… Kujawskiego. Czyli zamiast 160 zrobiliśmy raptem jakieś 10 kilometrów. Co więcej, okazało się, że wylądowaliśmy dokładnie tam, gdzie w czasie rekolekcji Dawid złapał swojego docelowego stopa do Łodzi. Cóż, piękne miejsce. Nic tylko stać z wyciągniętym kciukiem i suszyć zęby do kierowców :)

Pogoda nadal nie była zbyt łaskawa, ale przynajmniej przestało padać. Kierowcy nadal nie byli chętni, ale przynajmniej odpowiadali gestami, że nie jadą w naszym kierunku lub są miejscowi (czytaj: zaraz kończą podróż). Jak z nieba spadł nam… kierowca TIRa! Nie to, żeby Kuba chciał wcześniej pojechać TIRem. To był początek „TIR day”.

Kierowca był uosobieniem stereotypu o kierowcy wielkiej ciężarówki. 150 kg żywej masy, do której miał wielki dystans. Z wykształcenia pasjonat historii, z zamiłowania kierowca wielotonowego zestawu, a prywatnie bardzo miły i konkretny gość, który 2 tygodnie temu… pechowo zatarł silnik w swojej ukochanej ciężarówce. Jechał sprzętem zastępczym i jak sam przyznał – gdyby nie to, nie wziąłby nas. Na co dzień bowiem nie zabiera autostopowiczów do swojej kabiny w kolorze „meksykańskiej czerwieni”, wykończonej na „skandynawską modłę”, czyli pikowanej, także w kolorze czerwonym. Tym razem jednak przyszło mu jechać starym zastępczym autem, które miało już dużo kilometrów w osiach. A żeby podróż mu się nie dłużyła – zabrał nas.

Pierwotne plany dotarcia do Łodzi szybko uległy rewizji, ponieważ okazało się, że pan jedzie na południe Europy i może nas zabrać dużo dalej. Zaczęliśmy rozważać różne warianty i stanęło na tym, że wysadzi nas przed Katowicami. Mieliśmy zapewniony transport na kilka godzin i wieeele kilometrów.

W czasie drogi rozmawialiśmy o wszystkim, zaczynając nieśmiało od historii, a na polityce kończąc. Zjedliśmy wspólnie obiad na stacji, gdzie miał nas już wysadzić, ale stwierdził, że za mało samochodów się tam zatrzymuje, więc podwiezie nas dalej.

Podwiózł, jednak następna stacja, a raczej zajazd dla TIRów, wydawała się jeszcze gorsza. Hmm, cóż tu robić, dalej zabrać nas nie mógł. Ciemno już, więc trzeba było przejść do aktywnej napaści werbalnej na kierowców stojących ciężarówek. „Nie, chłopaki, kręcę 8-godzinną pauzę, nie ma szans. Później jadę do Krakowa, ale to dopiero rano.” – powiedział jeden z nich i poszedł do baru. My z mapą stanęliśmy przed barem i rozważaliśmy dalszą drogę – autostrada czy krajówka, kiedy tenże sam kierowca wyszedł z baru z piwem (na szczęście jeszcze zamkniętym) i zapytał się nas, czy byśmy mu nie pomogli. Bo w sumie to on nie do końca wie, gdzie w tym Krakowie ma się zatrzymać na noc, a jeszcze niby trochę czasu na tachometrze ma… Bingo! Tego nam było trzeba! Szybko uruchomiliśmy kontakty, zaczęliśmy szukać miejsca postojowego dla dużej ciężarówy, a jednocześnie załadowaliśmy się do kabiny i ruszyliśmy. Traf chciał, że jak przez całą drogę pogoda była idealna (poza porankiem, kiedy jeszcze staliśmy pod Toruniem), tak pod wieczór zaczęło sypać. Dosłownie sypnęło śniegiem jakby ktoś rozrzucił go z garści. Droga stała się śliska i niebezpieczna, szczególnie, że TIR nie był mocno obciążony. Kierowca nie chciał ryzykować, wolał poczekać na pługopiaskarki, a że nie jechał autostradą, tylko krajówką, mogło to zająć 2-3 godziny. Jednak był też bardzo wdzięczny, ponieważ powiedzieliśmy mu, jak dojechać do miejsca rozładunku. Z tej wdzięczności zapytał na radiu, czy ktoś inny by nas nie wziął. I wziął. Kolejny… TIR. Trzeci tego dnia. Ten już był porządnie obciążony, choć z wyjazdem z parkingu – lekko pod górkę – miał problem. Trzeba było na 2 razy próbować i porządnie się rozpędzić na płaskiej części. Ostatecznie wyciągnęliśmy sprzęt do drogi i ruszyliśmy bezpośrednio do Krakowa. Rozmowy w ciągu tych dwóch przejażdżek nie były już może tak pasjonujące, ale zależało nam głównie na tym, żeby dotrzeć na miejsce. Cel osiągnęliśmy tuż przed godziną 21. Przystanek Plac Imbramowski. Podziękowanie, krótki spacer do estakady i tam już każdy z nas poszedł w swoją stronę. Mieliśmy poczucie, że misja zakończyła się sukcesem, a Pan Bóg dokładnie tak jak chcieliśmy dostarczył nas na wieczór do Krakowa. To było COŚ!

Kuba Skowronek

Ola Kobusińska

Dawid Piotrowski

 

Czerwiec 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30